www.facebook.com/nasz.walbrzychwww.instagram.com/nasz.walbrzych.pl
Repertuar kina Cinema City Repertuar kina Cinema City

Bliżej historii

26.11.2013 r.

Zadajmy sobie pytanie, czy można żyć bez historii? To retoryczne pytanie nie budzi chyba żadnych wątpliwości. Oczywiście, nie można żyć bez historii. Wyobraźmy sobie kim byśmy byli nie znając przeszłości. Całkowicie przypadkowym jestestwem, które znalazło się na tej ziemi nie wiadomo skąd, po co i dlaczego. Historia odpowiada nam przecież na nurtujące każdego myślącego człowieka pytanie – co było wcześniej, co się działo przed nami, skąd się wzięło to co nas otacza, kim jesteśmy i jak powinniśmy żyć. Bo przecież historia jest nauczycielką życia, z jej nauk powinniśmy czerpać wiedzę i doświadczenie.

To wszystko piękna teoria. A obok niej funkcjonuje praktyka. Z jej obserwacji wynika, że można żyć bez historii. Tak samo zresztą jak bez kultury,bez religii, bez takich czy innych ideałów. Można ograniczyć wiedzę historyczną do minimum, albo też spreparować ją dla własnych potrzeb. Mistrzami w tej dziedzinie są politycy. Dla nich historia jest przedmiotem, nie zaś podmiotem. Najlepiej się nią posłużyć dla osiągnięcia własnych celów. Niewątpliwie ludzi traktujących historię jako rzecz niewartą zachodu i niepotrzebną stratę czasu jest zdecydowana mniejszość.

 

Mój felieton adresuję do tej pierwszej kategorii osób, a więc do tych, dla których poznanie przeszłości jest ważne, zwłaszcza jeśli dotyczy ona miejsca urodzenia i nauki szkolnej, miejsca zamieszkania, miejsca pracy, słowem naszej „małej ojczyzny”.

To wszystko, co napisałem powyżej, to ma być wstęp do skomentowania dwóch wydarzeń, w których miałem okazję niedawno uczestniczyć, a które zasługują na szczególną uwagę. Nie są one egzemplifikacją powyższego wywodu, a jedynie stały się jego impulsem. Obydwa wydarzenia odbieram jako rzecz dużej wagi, są dla mnie wyznacznikiem pozytywnych zmian jakie następują w Wałbrzychu, obydwa wiążą się ściśle z historią, a dokładniej z próbą pokazania tzw. prawdy historycznej.

Taką wymowę ideową ma dla mnie wyjątkowy film „Tutejsi, od Waldenburga do Wałbrzycha”, którego wielka premiera miała miejsce w środę 11 listopada b.r. na scenie Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu w wypełnionej po brzegi sali, z udziałem najważniejszych w mieście osób na czele z Prezydentem i Starostą. Film jest dziełem Fundacji Księżniczki Daisy von Pless, według scenariusza i reżyserii jej Prezesa, Mateusza Mykytyszyna. Zarówno film jak i jego premiera wskazują, że na firmamencie miejskim Wałbrzycha pojawiła się wschodząca gwiazda, którą jest Mateusz, twórca filmu i organizator tej wielkiej imprezy. Prezydent Wałbrzycha, Roman Szełemej miał nosa, że na niego postawił i mu zaufał.

Film jak wspomniałem wyżej jest wyjątkowy pod wieloma względami. Przede wszystkim dlatego, że odważył się dotknąć tematu, który przez liczne lata PRL-u był tematem tabu, a mianowicie przeszłości Wałbrzycha tuż przed wybuchem II wojny światowej, w czasie jej trwania i po jej zakończeniu. W tym mieście zaludnionym po wojnie przybyszami z różnych ziem polskich i z całego świata, mieście wielonarodowościowym i wielokulturowym, przyjęliśmy z łatwością propagandowe hasło władzy ludowej – „Myśmy to nie przyszli, myśmy tu wrócili” i pogodzili się z polskością Wałbrzycha jako rzeczą naturalną. Oficjalnie rozpowszechniana historia tych ziem koncentrowała się na czasach piastowskich Śląska, potem była przerwa długości, bagatela, zaledwie 5 wieków i dalej dotyczyła II wojny światowej i historycznego powrotu do Macierzy. Lepiej było pominąć ten fakt, że Wałbrzych od samego początku był budowany przez żywioł germański i wszystko co w tym mieście zastaliśmy po wojnie było dziełem Niemców. Dotyczy to także naszych największych atrakcji turystycznych, zamku Książ lub pałacu Czettritzów przy ulicy Zamkowej. Tematem tabu był exodus przesiedleńców niemieckich z Wałbrzycha, którzy zmuszeni byli opuścić miasto, pozostawiając dorobek swojego życia i życia kilku pokoleń. Oczywiście, zgadzamy się z tym, że był to skutek okrutnej wojny, tragicznej przede wszystkim dla Polaków, ale także dla agresorów, większości Niemców, którzy stali się narzędziem hitlerowskiej propagandy i zostali wciągnięci do tej wojny. Rzecz w tym, by tej historii nie zasłaniać i zacząć wreszcie mówić o tym głośno właśnie w imię tego, co określamy mianem prawdy historycznej.

Film Mateusza Mykytyszyna, to swego rodzaju przełom w powojennej kinematografii dotykającej Wałbrzycha. Mottem przewodnim filmu są wspomnienia kilku starszych niemieckich autochtonów, którzy zdecydowali się zaraz po wojnie przyjąć obywatelstwo polskie i pozostać w mieście. Mieszkają w nim do dziś, a obecnie udzielają się w Niemieckim Towarzystwie Kulturalnym. Mówią oni o przywiązaniu do rodzinnych stron, o swoim dzieciństwie i młodości przed wybuchem wojny, o ciężkich przeżyciach w czasie wojny, a potem w pierwszych latach powojennych, kiedy to dla Polaków naród niemiecki był największym wrogiem.

Monologi ( momentami nieco przydługie) trzech staruszek i jednego też już dojrzałego pana, wygłaszane po polsku, bo po tylu latach nauczyli się naszego języka, są przeplatane wypowiedziami naszych dziewcząt i chłopców z III Liceum Ogólnokształcącego w Wałbrzychu. Licealiści wyrażają się z sentymentem o swoim przecież mieście, bo tu się urodzili lub chodzą do szkoły, wskazują co im się w Wałbrzychu najbardziej podoba, miejsca w których lubią spędzać wolny czas. Mówią też o swoich planach na przyszłość, o kontaktów uczuciowych z partnerami. Te rozmowy wyraźnie ożywiają film, a że młodzi są elokwentni, mówią swobodnie, dowcipnie i bez skrępowania, są więc okrasą fabuły filmowej.

I teraz jeszcze parę słów o największym atucie tego filmu. Jest nim, przynajmniej dla mnie, niezwykła oprawa zdjęciowa, urzekające widoki miasta dawniej i dziś, barwne krajobrazy górskie, zabytki architektury, scenki z życia mieszkańców, w ogóle ukazanie przemysłowego Wałbrzycha w całej swej wyjątkowości. Jest to miasto o bogatej, interesującej historii, miasto osobliwe, o czym niejednokrotnie pisałem. Prezydent Szełemej nazwał je w krótkim zagajeniu na premierze miastem magicznym. Film „Tutejsi, od Waldenburga do Wałbrzycha” jest tego znakomitym potwierdzeniem.

Film jest na stronie internetowej You Tube, zachęcam do obejrzenia i skomentowania.

Drugim wydarzeniem nieco mniejszej miary, ale również związanym z historią, było piątkowe (15 listopada) spotkanie z Jerzym Cerą w wałbrzyskiej Bibliotece Pod Atlantami. Jerzy Cera jest znany dla wszystkich osób interesujących się tajemnicą kompleksu „Riese” w Górach Sowich. To wytrwały poszukiwacz – odkrywca, autor niezliczonych publikacji prasowych, książek i map, człowiek na trwałe związany z autentyczną pasją swojego życia, której poświęca czas wolny, a także pieniądze.

W Galeryjce Pod Atlantami na II pietrze zabrakło miejsc, co dowodzi dużego zainteresowania osobą emerytowanego ppłk. Wojska Polskiego, który przybył na spotkanie bezpośrednio z Krakowa. Jerzy Cera tam mieszka od lat, ale wywodzi się z pobliskiej Bielawy, jest więc emocjonalnie związany z Dolnym Śląskiem.

Nie udało mu się przywieźć na spotkanie będącej w przygotowaniu do druku nowej książki o historii eksploracji podziemnych kompleksów w Górach Sowich, ale to właśnie był przewodni temat jego prelekcji okraszonej ekspozycją historycznych już fotografii na telebimie, ukazujących poszczególne etapy badań i ich uczestników, bo jak się okazuje historia eksploracji jest niezwykle barwna i fascynująca. Wyjaśnia ona w sposób klarowny i obiektywny przyczyny powojennej stagnacji w poszukiwaniach i odsłanianiu tajemnicy Gór Sowich.

W spotkaniu uczestniczyło wielu znakomitych badaczy i odkrywców, znanych w Wałbrzychu i na Dolnym Śląsku. Był też obecny zaprzyjaźniony z Jerzym Cerą, Starosta, Józef Piksa, który jako wójt gminy Walim otworzył w 1994 roku dla ruchu turystycznego słynne już w całym kraju Podziemia Walimskie. Padały ciekawe pytania, pojawiły się też zapowiedzi nowych publikacji i książek. Daje to nadzieję na coraz to bliższe dojście do prawdy, mam tu na uwadze faktyczny cel tej największej inwestycji militarnej III Rzeszy pod koniec wojny oraz tego, co się kryje w zakonspirowanych częściach podziemi Gór Sowich.

Ze spotkania powróciłem do domu późnym wieczorem pod wrażeniem osoby Jerzego Cery i tego wszystkiego co mogłem tam usłyszeć i zobaczyć. Mój skromny udział w odsłanianiu tajemnicy podziemi w kompleksie Włodarza okazuje się coraz ważniejszy, bo temat „Riese” nabiera już ogromnego znaczenia w skali europejskiej.

 

Stanisław Michalik